|
|
Od 18
miesięcy północno-wschodnią Hiszpanię trapi susza, a
zbiorniki wodne zaopatrujące 5,5 mln Barcelonę są wypełnione
w 20 proc. Przy poziomie 15 proc. nie ma gwarancji regularnych
dostaw. Jeśli nie będzie padać w październiku, Barcelona może
zostać bez wody.
Wczoraj
rząd hiszpański i regionalny gabinet kataloński porozumiały
się co do doraźnego projektu ratunkowego. 1 maja zaczną
budować 60-km wodociąg, którym do stolicy Katalonii za pół
roku popłynie woda z delty rzeki Ebro. Podziemna rura, która
przedłuży obecną łączącą deltę Ebro z położoną na południe
od Barcelony Tarragonę, oraz dodatkowe inwestycje pochłoną
blisko 200 mln euro i mają być gotowe w październiku. Póki
trwać będzie budowa wodociągu, od maja dziesięć statków ma
przywozić wodę pitną do Barcelony z Almerii, Tarragony, a
nawet z francuskiej Marsylii.
Kłopoty
z wodą ma złagodzić Barcelonie wielki zakład odsalania wody
morskiej w Prat de Llobregat, który powinien ruszyć w maju
2009 r. i rocznie dać miastu tyle wody, ile zużywa w dwa miesiące.
Brak
wody powiększa się z roku na rok nie tylko z powodu suszy, ale
też ślimaczącej się latami budowy dwóch kolejnych stacji
odsalania. O wodzie dyskutuje się w Katalonii od lat i trwa o
nią wojna wszystkich ze wszystkimi. Nie zgadzają się z sobą
dwie wielkie partie rządzące na przemian Hiszpanią, czyli
socjaliści i ludowcy, kłóci się rząd centralny w Madrycie z
regionalnym w Barcelonie, walczą między sobą regiony
autonomiczne Aragonii, Murcii, Katalonii i Walencji, spierają
się poszczególne prowincje katalońskie oraz Barcelona, a
nawet lokalne partie rządzące Katalonią.
I tak
np. uchwalony za rządów prawicy wielki plan hydrologiczny
przetaczania wody z Ebro, który miał rozwiązać problem wody
w całym regionie Almerii, Murcii, Walencji i Katalonii, socjaliści
odrzucili, gdy doszli do władzy w 2004 r. Uznali, że oznacza
on zniszczenie delty rzeki i zastąpili go innym, dotąd
niezrealizowanym.
Konserwatywny
rząd Katalonii rządzący regionem do 2004 r. popierał projekt
wody z Ebro oraz chciał porozumienia z Francją, by do
Barcelony popłynęła woda z Rodanu, ale i ten projekt też
został odrzucony, kiedy władzę w Barcelonie przejęli socjaliści.
Ostatnio
rząd José Luisa Zapatero odkurzył ten plan i wznowił rozmowy
z Francją. Jednak lokalne projekty ciągnięcia wody z
mniejszych katalońskich rzek zderzają się ze zdecydowanym
oporem samorządów, które nie chcą dzielić się wodą z
barcelońską metropolią, bo potrzebują jej dla utrzymania
rolnictwa. W Katalonii rolnictwo i hodowla zużywa 73 proc.
wody, podczas gdy gospodarstwa domowe - 18 proc., a przemysł -
9 proc. Ale z 7 mln mieszkańców regionu aż 5,5 przypada na
Barcelonę. A rolnictwo wytwarza zaledwie 2 proc. katalońskiego
PKB i nie oszczędza wody, podczas gdy przemysł i ludność
miejska tak.
Wskutek
suszy katalońscy rolnicy ponoszą straty i grozi im nawet
ruina, gdy jeszcze ustaną dotacje Unii Europejskiej dla hiszpańskiego
rolnictwa. - Jak Barcelona chce wody, to niech ją sobie ściąga
z Marsa, ale nie od nas! - krzyczeli niedawno demonstranci w
Leridzie, Tarragonie czy Geronie.
Kiedy
tylko rząd w Madrycie i jego socjalistyczny sojusznik w
Barcelonie ogłosiły, że przedłużą wodociąg z Tarragony do
Barcelony, opozycja od razu zaprotestowała. Nie bez racji
twierdzą, że to przecież nic innego jak powrót do
odrzuconego projektu Ebro, bo nowy wodociąg będzie tylko przedłużeniem
istniejącego, a biorącego wodę właśnie z Ebro.
- Jeśli
sieć wodna Ebro połączona zostanie z Barceloną, oznaczać to
będzie, że rząd zreflektował się o 180 stopni i że sześć
lat temu to mieliśmy rację. Szkoda tylko, że straciliśmy sześć
lat - oświadczył lider konserwatystów rządzących Katalonią
przez ćwierć wieku do 2004 roku.
Protestuje
też rządzona przez prawicę Walencja, którą dawny wielki
plan Ebro obejmował, a obecny ratunkowy "miniplan
Ebro" pomija. Socjaliści odpowiadają, że nowy wodociąg
jest jedynie tymczasowy, a poza tym spożytkuje tylko nadwyżki
wody z delty Ebro i nie naruszy ani o kroplę zasobów toczonych
korytem. Opozycja w to nie wierzy, a wojna o wodę zapowiada się
na lata.
|