|
Sprawa
oczyszczalni odcieków ciągnie się właściwie od 2001 roku,
kiedy ówczesne władze miasta odebrały zakład od firmy Arka.
Mimo tego, że oczyszczalnia nie działała, i zresztą nie działa
do dziś. Sprawą zajmowała się białostocka prokuratura, ale
w 2006 roku przeniesiono ją do Rzeszowa, aby uniknąć powiązań
pomiędzy lokalnymi prokuratorami i politykami.
Nowe
zarzuty
Dokładnie
rok temu rzeszowska prokuratura okręgowa, która prowadzi sprawę
białostockiej oczyszczalni odcieków, postawiła zarzuty
czterem osobom: wiceprezydentom Markowi Kozłowskiemu i
Krzysztofowi S. (nie zgodził się na publikację nazwiska) oraz
dyrektorowi departamentu inwestycji Januszowi Ostrowskiemu i
jego zastępczyni Bożenie Zawadzkiej.
- Te
zarzuty postawiliśmy na podstawie materiałów przygotowanych
przez białostocką prokuraturę. Wskazywały, że podejrzani
wybrali złą koncepcję oczyszczalni. Ale w trakcie
prowadzonego przez nas śledztwa okazało się, że wasi
prokuratorzy popełnili błąd, a koncepcja była dobra - wyjaśnia
Jan Łyszczek, zastępca prokuratora okręgowego w Rzeszowie.
Nie
przyznają się
Teraz
podejrzanych oskarża się o niegospodarność i
sprzeniewierzenie pieniędzy: od 3,8 do 4,3 mln zł. Grozi im za
to od roku do nawet dziesięciu lat więzienia. - Podejrzani nie
wyegzekwowali kar umownych i opłacili firmie Arka faktury już
po odbiorze oczyszczalni, kiedy wiedzieli, że ona nie działa -
dodaje prokurator Łyszczek.
Podejrzani
nie przyznają się do winy i spokojnie czekają na proces, który
niewykluczone, że ruszy jeszcze przed wakacjami.
-
Prokuratura obciąża pojedyncze osoby, nie rozumiejąc chyba,
że decyzje dotyczące oczyszczalni podejmował kolegialnie cały
zarząd - twierdzi Marek Kozłowski.
- Nie
mam sobie nic do zarzucenia - dodaje Janusz Ostrowski. -
Spokojnie czekam na wyjaśnienie sprawy.
|